Margarita - perła niechciana

Ruch w obronie życia „Pro Life Movement” w Stanach Zjednoczonych obrał ją sobie za patronkę. We wszystkich krajach obszaru języka angielskiego błogosławiona Małgorzata z Castello staje się coraz bardziej znana i coraz liczniejsze zastępy jej czcicieli modlą się o jej kanonizację. Amerykańscy dominikanie ułożyli nowennę do niej, a dominikanki z USA nadały jej tytuł: Patronka niechcianych. Dlaczego?

Żyła w latach 1287-1320, w słonecznej Italii. Lecz nigdy słońca tego nie dane było jej zobaczyć, gdyż była niewidoma od urodzenia. Ponadto była karliczką z wielkim garbem i znacznie krótszą prawą nogą. Urodziła się na zamku, w rodzinie zamożnego feudała.

Gdy Donna Emilia oczekiwała dziecka, jej mąż już widział w wyobraźni dziedzica i następcę. Giermkowie roznosili po okolicy zaproszenia na uroczysty chrzest, służba zamkowa cieszyła się na korowód uczt i świąt, w których i oni będą uczestniczyli. Szykowano na zamku zapasy wina i mięsiwa, nawet więźniowie jęczący w lochach - bo srogim panem był Don Parisio i łatwo było wzniecić jego gniew i znaleźć się w lochu - nawet oni żywili nadzieję, że dostąpią łaski pańskiej i ujrzą ponownie światło dnia.

Zamek, gdzie oczekiwano narodzin dziecięcia, stał wysoko w górach, dominując nad okolicą, rzecz bowiem działa się w Apeninach, w obrębie państwa kościelnego, w republice zwanej Massa Trabaria. Czekano niecierpliwie na salwy armatnie i bicie w dzwony na zamku w Menoli i nigdy się ich nie doczekano. Nie zabrzmiały, głucha cisza otoczyła połóg, gdyż urodziła się dziewczynka - kaleka. Dziecko było tak małe i słabe, że żywiono nadzieję, iż nie przeżyje, zwłaszcza gdy po paru tygodniach okazało się, że jest niewidoma. Ale ta zdeformowana kruszyna chciała żyć, choć matka i ojciec nie chcieli jej znać.
Narodziny nienormalnego dziecka są zawsze strasznym ciosem dla rodziców, ale chcą oni na ogół, a przynajmniej matka, zdwojoną czułością uśmierzyć ból. Tym razem rodzice zranieni i zawiedzeni w swych oczekiwaniach i ambicjach, odsunęli się, odcięli od dziecka.

Postanowili za wszelką cenę utrzymać w tajemnicy ten wstyd, jakim było dla nich urodzenie kaleki. Ochmistrzyni zajmująca się dzieckiem otrzymała polecenie niepokazywania dziewczynki nikomu. Tu wkroczył na scenę kapelan i zażądał chrztu. Po długich targach rodzice zgodzili się, że niańka potajemnie zaniesie dziecko do katedry w pobliskim Mercatello i tam dopełni się obrzęd. Imię wybrała piastunka, jak na ironię nazywając dziewczynkę Margaritą - perłą.

Ta maleńka perła, niewidoma, garbata, chroma była na dodatek brzydka. Natura nie oszczędziła jej upośledzeń fizycznych. Poza ochmistrzynią zajmował się nią kapelan i wcześnie zauważył, że umysł dziecka jest nad wiek rozwinięty. Do tajemnic Bożych lgnęła, rozumiała je nad podziw, a gdy ksiądz opowiedział jej, że Jezus wziął na siebie cierpienia ludzkie i że są dusze, które całkowicie Mu się oddają, by z Nim dzielić Krzyż, sześcioletnia Małgorzata powzięła postanowienie służenia Panu.
„Nikt cię nie pokocha, nie będziesz mieć dzieci i swojego domu, bo jesteś pokraka” - powiedziała jej kiedyś bezlitośnie matka. Nie wiemy, co się działo w sercu dziecka, może wtedy właśnie całą potrzebę kochania zwróciła ku Jezusowi. To był początek drogi ogołocenia i opuszczenia, jaka przed nią stała.

Zdarzyło się kiedyś, że była na korytarzu zamkowym, gdy przechodzili goście. Małgorzata grzecznie ich przywitała, tytułując mijająca ją arystokratkę. Dama się zainteresowała dziewczynką, ale zanim zdążyła się dowiedzieć, kim jest to kalekie maleństwo, nadbiegła ochmistrzyni i łajając Małgorzatę zaciągnęła ją do komnaty. „To chore dziecko, któremu nie wolno opuszczać łoża” - wyjaśniła.
Po tym wydarzeniu kasztelan zaczął przemyśliwać, jak lepiej ukryć dziecko.
„Słyszałaś, że przy kościołach żyją pobożne rekluzy”, powiedział Don Parisio do żony. „Małgorzata jest pobożna i możesz ją przekonać, że wielki to zaszczyt żyć w celi przy kościele w całkowitym oddaniu Bogu”. Donna Emilia prowadziła walkę wewnętrzną, ale ostatecznie niedługo się opierała. Ojciec kazał wybudować celę przy kaplicy górskiej w odległości paru kilometrów od zamku. Tam potajemnie wywieziono Małgorzatę i zamurowano wejście. Miała w swej celi zakratowane okno na kościółek i drugie podobne na las. Działo się to pod nieobecność kapelana.

Mimo tajemnicy, jaką otoczono usunięcie dziecka, tego wieczoru - wieść rozniosła się wśród załogi i służby dworskiej, która darzyła sympatią małą Małgorzatę.
Kiedy powrócił z miasta kapelan, zanim jeszcze przekroczył próg swej izby, już mu ze wszech stron donoszono o potwornym wydarzeniu. Jak stał pobiegł do Don Parisia głośno wykrzykując. W odpowiedzi usłyszał, że jak nie zamilknie, to mu się utnie język. Zamilkł i pospieszył do Małgorzaty. Zastał ją we łzach i jednocześnie bardzo mężną rozmyślającą o Męce Pańskiej.

Nie zamurowano jej, by zagłodzić, dostawała jedzenie i szaty, ale miała pozostać nieznaną. I tak minęło trzynaście lat - zimą marzła, wiosną wdychała górskie rześkie powietrze, słuchała ptaków, stawała przy kracie okna, by poczuć zapach żywicy i promienie słońca na twarzy. Upalne lato prędko mijało, nadchodziły jesienne wichury, a jedynymi odgłosami dochodzącymi do jej uszu było wycie zwierząt.

Zapiski kronikarskie, które przeniknęły do lekcji brewiarza mówią nam, że Małgorzata w tej sytuacji pościła od września do Wielkanocy, tzn. zachowywała post monastyczny od Podwyższenia Krzyża. I przez cały rok w piątki żyła jedynie o chlebie i wodzie. Gdy przestała być dzieckiem, poczęła ujarzmiać swe ciało biczowaniem trzy razy w tygodniu. Kapelan odwiedzał ją codziennie i codziennie spowiadał, do Komunii św. przystępowała ilekroć miała na to pozwolenie. Tenże kapelan przyznał, że dziewczynka ma nadprzyrodzony, wlany dar znajomości tajemnic Bożych. Nie mógł tego wytłumaczyć inaczej, jak specjalną ingerencją Boga.

Czy miała chwile załamania? O tym nie mówią kroniki, ale nie byłaby człowiekiem, gdyby ich nie miała. Małymi rękami dotykała krat okna i na pewno bardzo chciała być po drugiej ich stronie. Matka odwiedzała ją rzadko, ojciec nigdy. Lata biegły znaczone czterema porami roku. Kapelan odwiedzał ją wytrwale i podziw jego wzrastał. Dziewczynka o zdeformowanym ciele, odcięta od ludzi dojrzewała wewnętrznie w sposób niepojęty. Coraz lepiej rozumiała, że wszystko czego doświadcza, zarówno kalectwo jak i odepchniecie przez rodziców i zamknięcie przed okiem ludzkim, upodabnia ją do Chrystusa, nierozumianego i odtrąconego przez swoich. Małgorzata tą mocą obdarowana, coraz lepiej rozumiała, że wszystko, co ją spotyka, ma służyć do większego ukochania Boga.

Gdyby żyła bliżej naszych czasów, kroniki i sprawozdania zajęłyby się bardziej opisaniem jej załamań, niemocy, pokonywanym przerażeniem i nieustannie ranionym sercem. Ale w średniowieczu, w którym przyszło jej żyć, hagiografowie hołdowali zasadzie, że każdy święty był świętym od kolebki i dlatego ukazują nam monolit wiary, ufności, miłości do rodziców, bezbrzeżnego zaufania do Boga. A nie mówią, czym ta świętość była okupiona i wywalczona. Jesteśmy zdani na własną wyobraźnię, niech nam jej starczy, by zapłakać wraz za Małgorzatą. Na pewno miała momenty wylewania gorących łez nie tylko nad Męką Chrystusa, ale i nad własną dolą. Zamurowane, kalekie dziecko, żyjące w ciemnościach od urodzenia, czyżby i w tym nie dzieliła losu Chrystusa, by zapłakać? Jej cela była zapewne nieraz widownią zmagań i konania Ogrójca i tak jak Zbawiciel czerpała siłę z modlitwy i zawierzenia Ojcu.

Kapelan był zdania, że umysł dziewczęcia jest wybitny, tę cechę zanotowano w brewiarzu, w którym modlitwa na jej święto, 13 kwietnia, głosi, że Pan pozbawiając jej oczy światła, dał jej światło umysłu. Już jako dziecko, żyjąc w swej pustelni, zrozumiała, że ludzie szukają głównie przyjemności i że niektórych ludzi Bóg wybiera, by dzielili bliżej los Jego Syna. Usposobienie Małgorzaty było z natury radosne i pogodne, w swym małym ciele miała wielką duszę i potrafiła przyjąć ciosy, które ją spotykały od rodziców, jako najświętszą wolę Bożą.
Możemy spytać, co gorszego może spotkać człowieka jak zamurowanie przez własnych rodziców. Tu był dopiero początek cierpień. W porównaniu z tym co ją czekało, trzynaście lat pustelniczych nie było najgorszym losem.

W 1305 r. Sąsiednia republika Urbino zaatakowała Massa Trabarię. Ówczesny papież, Francuz, Klemens V, wolał przebywać we Francji i graniczna republika Państwa Kościelnego nie mogła liczyć na jego pomoc. Don Parisio stanął na czele wojsk. Wojnę ogłosiła pożoga i bicie w dzwony, te ostatnie zaalarmowały Małgorzatę. Zamek pustoszał, załoga szła do walki, kobiety wraz z Donną Emilią wyjeżdżały do miasta Mercatello, gdzie rodzice Małgorzaty posiadali pałac i liczne koneksje. Na wyraźne żądanie ojca, Małgorzata, która odbyła podróż okryta ciężkim welonem, została umieszczona w piwnicy pałacowej. Siennik i ława stanowiły całe wyposażenie jej nowego więzienia. Cierpienia Małgorzaty zdwoiły się: w górskiej pustelni miała codzienną Mszę św., odwiedziny kapelana, sakramenty. Tu ją pozbawiono wszystkiego. Słudzy przynoszący jedzenie dostarczali wiadomości o posuwaniu się nieprzyjaciela, wielkiej ilości zabitych i o ojcu, który dzielnie bronił kraju. Małgorzata na kolanach błagała Boga o szczęśliwy powrót ojca z wojennej wyprawy. Walka trwała parę miesięcy, armia Don Parisia stawała się coraz liczniejsza, bo przyłączali się do niej mężczyźni z sąsiednich republik. Nieprzyjaciela wypierano i wreszcie zawarto rozejm.

W tym czasie zaroiło się od wędrowców i pielgrzymów w Mercatello. Wkrótce całe miasto wyległo na piazza, rynek położony w środku, gdyż pielgrzymi głosili niezwykłe wieści. „Czy wiecie, że w Castelo dzieją się cuda?” Cuda w Castello? - dziwiono się. Otóż niedawno zmarły tercjarz franciszkański, Fra Giacomo, dokonuje cudów. Ludzie z dalekich stron przyjeżdżają, by się modlić u jego grobu. Opowiada się coraz więcej historii o cudach.
Donna Emilia chwyciła się tej deski ratunku i przekonała męża, by zawieźć Małgorzatę do grobu cudotwórcy. Zgodził się pod warunkiem, że wyjadą przed świtem, by ich nikt nie widział, a raczej, by nikt nie zobaczył Małgorzaty.

24 września 1307 r. ruszono w drogę, trudną, bo trzeba było przekroczyć góry. Cały dzień trwała uciążliwa wyprawa, wspinano się wąwozem po wąskiej górskiej ścieżce, przekraczano wpław górskie potoki, ale trudy podróży pozwalała im przetrwać nadzieja cudu. Wieczorem dobrnęli do miasta.
„Jutro Małgorzato, pójdziemy wszyscy na Mszę św. do franciszkanów i z całego serca będziemy się modlić o twoje uzdrowienie, ty też módl się gorąco”, powiedział ojciec do Małgorzaty, po raz pierwszy nazywając ją droga córką. Małgorzata przyrzekła modlić się nawet całą noc. Zawsze modliła się za swoich rodziców i kochała ich, mimo doznawanych krzywd.
Po Mszy św. pozostawiono ją przy grobie, rodzice zaś ruszyli do miasta. Po paru godzinach wrócili i po cichu przyglądali się z dala zatopionej w modlitwie córce. Cud nie nastąpił, garb był jak przedtem, brzydota ewidentna. Rodzice cichutko wycofali się, potem jak najśpieszniej opuścili miasto, zostawiając Małgorzatę jej losowi.

Na próżno Małgorzata czekała aż do wieczora, nikt się po nią nie zjawił. Modliła się gorąco o cud, który nie nastąpił. Dwudziestoletnia niewidoma po raz drugi została porzucona przez rodziców w sposób jeszcze okrutniejszy niż za pierwszym razem. Wiedziała, że rodzice jej nie kochają, ale nie przypuszczała, że dla nich nie istnieje. Skazywano ją tym razem nie na pustelnie, ale na żebraczy żywot. Było to 26 września.
Stała wieczorem pod kościołem, w nieznanym mieście i nieznana nikomu. Środowiska żebracze nie są ośrodkami miłosierdzia i szlachetności, a jednak pozwolili jej stać pod kościołem i spać w załomie muru, a potem, gdy już było za zimno na dworze, znaleźli dla niej miejsce w stajni u sukiennika. Było tam brudno i smrodliwie, ale przynajmniej nie groziło zamarznięcie.

I stała się rzecz dziwna, Małgorzata bezwiednie łagodziła obyczaje żebraków, nie przeklinała swego losu, nie złorzeczyła, mówiła im o miłości Boga, co najpierw przyjmowano wybuchami śmiechu, lecz po jakimś czasie ziarno zapadło głębiej.
Ze swej strony Małgorzata poznawała nieznany świat, świat dołów, gdzie całe rodziny gnieździły się w jednej izbie, spały na ziemi, na klepisku, po którym spacerowały kury i psy, nierzadko i prosiak. Nie był to lud pobożny, przeciwnie, byli wrogo usposobieni do Kościoła.

Z czasem znajdowała Małgorzata przytułek u różnych, cierpliwość i życzliwość zjednywały jej wielu. Zaczęto się zastanawiać, skąd czerpie pogodę ducha i bezwiednie poddawano się jej wpływowi. Kłótnie i bójki były rzadsze, ludzie bezbożni poczynali myśleć o Bogu i po jakimś czasie zorientowano się, że wszystkim rodzinom, które udzieliły schronienia Małgorzacie, zaczynało się lepiej powodzić materialnie. Ludzie skojarzyli, że łaska Boża towarzyszy ich miłosierdziu wobec Małgorzaty. Poczęto o niej dobrze mówić i interesować się nią. Był to fenomen - skrzywdzona, porzucona kaleka, wyglądająca na dziesięcioletnie dziecko, nie przeklinała swego losu, lecz zachowała świeżość i delikatność uczuć. Biedacy „odkryli” Małgorzatę, dali jej to, czego nie zakosztowała u rodziców, darzyli ją miłością i bezinteresownością, otwierali przed nią swe nędzne domy.

Opinia o niezwykłej świętości Małgorzaty poczęła zataczać szersze kręgi, zainteresowali się nią również możni świata. Wśród nich znajdowały się klauzurowe zakonnice klasztoru pod wezwaniem św. Małgorzaty. Siostry chętnie widziały u siebie subtelną i obytą dziewczynę, ale obawiały się jej upośledzenia. Chciały też wiedzieć, czy Małgorzata jest ochrzczona i z prawego łoża. Biskup wizytator wydobył od niej datę i miejscowość chrztu - Mercatello - i posłał wysłannika, by przewertował księgi, znalazł zapis i metrykę ślubu rodziców. Prałat, któremu zlecono sprawę, nie miał trudności z odnalezieniem metryki chrztu, ale gdy z kolei zbadał świadectwo rodziców włos mu się zjeżył, gdyż przeczytał nazwisko ojca Małgorzaty uchodzącego za bohatera narodowego, obrońcę republiki, a który nie miał odwagi, by się przyznać do własnego dziecka. Z kolei biskup przypomniał sobie, że możne rody włoskie więziły nie tylko biskupów, ale i papieży, toteż pochodzenie Małgorzaty zachował w tajemnicy, zapewniając siostry, że jest ochrzczona i zrodzona w małżeństwie. Kapituła zakonna przegłosowała przychylnie kandydaturę Małgorzaty. Zdawało się, że trudno o lepsze rozwiązanie, nasza bohaterka mogła znaleźć w klasztorze przystań spokoju, modlitwy, zatopienia w Bogu. Niezbadane są drogi Boże.

Małgorzata czuła się szczęśliwa, bardzo szybko opanowała topografię klasztoru, a co bardziej fascynujące również 150 psalmów na pamięć. W miarę możliwości wykonywała różne prace, sprzątała, zmywała, pomagała w kuchni i na pewno nie była ciężarem.

A jednak ciążyła, stała się znakiem sprzeciwu. Klasztor miał rozluźnioną dyscyplinę zakonną (przypominają się dzieje klasztoru Wcielenia w Avili, gdy wstępowała tam późniejsza wielka św. Teresa od Jezusa). Był to azyl dla dobrze urodzonych panien, które przyjmowały codziennie wizyty z miasta i prezenty, nie zachowywały ciszy na korytarzach klasztornych i w różnych innych sprawach nie trzymały się reguły. Małgorzata przestrzegała wszystkich przepisów i zwróciła tym uwagę na siebie, „podpadła”, stała się wyrzutem sumienia i powodem irytacji. Przełożona rozmawiając z nią dowodziła, że reguła powstała w zamierzchłych wiekach i trzeba się liczyć z duchem czasu. Przekonywała o konieczności upodobnienia się do innych sióstr ze zgromadzenia, a Małgorzata milczała i robiła swoje tzn. była wierna regule. Miara się przebrała, gdy odmówiła przyjęcia pięknego srebrnego krzyża od miejscowego notabla, podczas gdy jej mistrzyni przyjęła podobny.

Ostatecznie odesłano ją z klasztoru z opinią, że jest krnąbrną i nie nadaje się do życia we wspólnocie zakonnej. Małgorzata wzięła swój kostur i ruszyła przed siebie, powoli, po omacku. Wieść o jej wypędzeniu z klasztoru rozeszła się w małym mieście błyskawicznie. Ale stała się rzecz dziwna, podczas gdy mniszki opowiadały o jej dziwactwach i o tym, że były zmuszone ją usunąć, Małgorzata spokojnie stwierdziła, że nie jest dostatecznie dobra, aby być zakonnicą, i że siostry i tak za długo ją tolerowały. Miasto żyło w rozdwojeniu, jedni wierzyli w cnotliwość Małgorzaty, inni dawali wiarę siostrom.
Przeżywała chwile poniżenia i trwało to kilka długich miesięcy, w czasie których Małgorzata wszystkimi siłami walczyła o nieutracenie zaufania do Boga.

Wreszcie ludzie się opamiętali i zreflektowali, że mniszki, które powinny były okazać miłosierdzie i milczeć, nawet jeśli miały zarzuty wobec Małgorzaty, były tymi które rzucały kalumnie, a Małgorzata milczała i nawet je broniła. Powoli szale opinii publicznej przeważyły na korzyść Małgorzaty.
Wówczas zetknęła się z tercjarkami dominikańskimi, a właściwie ich prekursorkami przy kościele della Carita. Nazywano je po włosku Mantellate, od czarnych peleryn, którymi przykrywały biały habit. Pełna ich nazwa brzmiała Siostry III Zakonu Pokutnego św. Dominika. Stowarzyszały kobiety świeckie pragnące żyć głębszym życiem religijnym, korzystać z łask Zakonu, ale pozostawać w świecie.

Może nas dziś dziwić, że świeckie kobiety chodziły w habitach, ale w średniowieczu, a już szczególnie w Italii, niewiasty nie ukazywały się nigdy na ulicy samotnie, musiał im towarzyszyć mężczyzna, mąż, brat czy ojciec. Natomiast kobieta w habicie mogła pokazać się na ulicy i nie narażała na szwank swej reputacji, toteż postępem w kierunku większej samodzielności było włożenie habitu. Oczywiście istniała również motywacja religijna, gdyż w tych czasach stan duchowny uznawany był za zaszczytny.

Te pierwsze tercjarki spełniały dzieła miłosierdzia, odwiedzały chorych i więźniów i z reguły były w wieku zwanym dziś emerytalnym. Tak nakazywała Mentelatkom roztropność, zarówno jeśli chodziło o mężatki jak osoby samotne, wiek „kanoniczny” zapobiegał możliwości powstawania skandali.

Tym niemniej przyjaciele Małgorzaty, znając jej religijność i wielkie pragnienie życia zakonnego, zwrócili się do przeora dominikanów, ojca Luigi, sugerując przekroczenie w tym wypadku przepisu i przyjęcie Małgorzaty na członka III Zakonu. Targi trwały jakiś czas, bo sprawa była bez precedensu. Wówczas przystąpiono, jak zalecał regulamin, do wyłonienia komisji (złożonej z członkiń III Zakonu), której zadaniem było zbadane życia i charakteru kandydatki. Dochodzenie wypadło pomyślnie i Małgorzata została powiadomiona, że w najbliższą niedzielę po południu zostanie przyjęta w kościele della Carita do wspólnoty Zakonu Pokutnego św. Dominika.

Małgorzata rozpoczęła życie tercjarki dominikańskiej. Pierwszy raz poczuła, że należy do kogoś, do wspólnoty, która jej odpowiada i ją w pełni akceptuje. Znalazła rodzinę, czego nie doznała w czasie krótkiego pobytu w klauzurze, gdzie krytykowano ją za wierność Regule. Statuty III Zakonu podkreślają trzy elementy drogie zakonowi św. Dominika: studium, modlitwę i pokutę. Studium obowiązywało jedynie zakonników, ale modlitwa i pokuta wszystkich członków zakonu. Małgorzata odmawiała codziennie psałterz oraz tzw. małe oficjum o Najświętszej Maryi Pannie. Wszystko to czyniła z pamięci, jej biograf mówi, że przyswoiła sobie wszystko w sposób cudowny. Całe życie poświęcała bardzo wiele czasu na modlitwę, miała łatwość i dar modlitwy. Szczególnie bliskie było dla niej rozważanie Wcielenia, tajemnicy Bożego Narodzenia w nieporadności małego dziecka. Któż mógł być lepiej jak ona zaprawiony do samotnego dialogu z Bogiem?
Wraz z habitem przyjęła również zobowiązanie do pokuty. Wspominaliśmy już o jej surowych postach, używaniu dyscypliny, obecnie zaczęła naśladować św. Dominika w odmawianiu sobie snu. Poczęła co noc wstawać, by odmówić jutrznię łącząc się duchem z ojcami, którzy ją odmawiali po północy. Na prymę przed Mszą była już w kościele dominikanów.

Warto odnotować, że Małgorzata była prekursorką kultu św. Józefa, mało rozpowszechnionego w Kościele zachodnim do czasów św. Teresy z Avili, która poświęciła mu swój pierwszy klasztor reformowany karmelitanek bosych. Usuwając się w cień Józef, którego słów nie odnotowała żadna Ewangelia, budził podziw Małgorzaty. Wielbiła jego pokorę i troskę o świętą Rodzinę i choć normalnie była milcząca, zawsze ożywiała się gdy szło o św. Józefa.

Wśród przyjaciółek tercjarek dominikańskich znajdowały się najprzedniejsze domy w mieście. Małgorzatę zaprosiła do siebie, ofiarowując mieszkanie, jedna z takich patrycjuszowskich rodzin, dostatnich i znacznych, acz niezbyt gorliwych religijnie. Mieli 16 - letnią córkę, Franceskę, która się zaprzyjaźniła z Małgorzatą. Rodzice oczywiście myśleli o dobrej partii dla swej jedynaczki, a kandydatów nie brakowało. Małgorzata stwierdziła ze zdziwieniem, że dobra skądinąd dziewczyna, ma nikłe pojęcie o prawdach wiary, a do sakramentów nie przystępowała od lat. Postanowiła uzupełnić wykształcenie religijne dziewczyny, następnie skłoniła ją do spowiedzi i Francesca zaczęła rozmyślać nad poświeceniem się Bogu.
Małgorzata czekała na okazję, by zabrać głos w tej sprawie. Okazja się nadarzyła, gdy w czasie przyjęcia z wielką ilością gości, wszyscy - może z uprzejmości dla Małgorzaty - zaczęli wychwalać Mantelatki i wyliczać ile robią dobrego dla biedaków w mieście. Również pani domu wtórowała gościom w pochwałach sióstr III Zakonu. Wówczas Małgorzata odezwała się: „Tak chwalicie Mantelatki, pozwólcie Francesce być jedną z nich, jak tego pragnie”.
Zapadła krępująca cisza, potem pan domu zawołał: „Chyba żartujesz, Małgorzato!” Ale niespeszona dziewczyna poważnie ciągnęła: „Niedługo i Francesca, i jej matka zostaną Mantelate”. Goście wybuchnęli śmiechem.

A jednak Małgorzata miała rację. Jeszcze tego samego roku ojciec Franceski zmarł po parodniowej chorobie, a zrozpaczona wdowa przestała gustować w strojach i przyjęciach. Obie z córką poprosiły o habit III Zakonu. Nie było sprzeciwu w sprawie przyjęcia wdowy, ale przeor dominikanów obawiał się młodej Franceski. Tym razem poręczenie Małgorzaty i rozpowszechniona wieść o jej profetycznej przepowiedni sprawiły, że po raz drugi przekroczono przepis wieku i zarówno matka, jak córka mogły zostać Mantelate, w czym wytrwały aż do śmierci.
Nie był to jedyny wypadek, gdy przyszłość odsłoniła się przed Małgorzatą. Kroniki notują więcej jej przepowiedni potwierdzonych przez życie.

Dziwnie się toczą koła fortuny, urodzona na zamku Małgorzata, odepchnięta przez rodziców, więziona, poniewierająca się wśród żebraków, wyrzucona z klasztoru, na ostatnie lata życia znów zamieszkała w pałacu, gdzie ją najgoręcej zapraszano. Była upragnionym gościem rodziny Venturino. Wybrała sobie izdebkę na strychu, po wielkich targach; nie chciała zamieszkać w komnatach o marmurowych podłogach, puszystych dywanach, bogatych kotarach u drzwi i okien, i spać na rozłożystym łożu.
Mimo protestów całej rodziny Małgorzata przedłożyła swą „celę” nad wspaniałe komnaty.

Jeszcze czymś innym zadziwiła rodzinę Veturinich. Mieli oni dwóch synów uczęszczających do szkoły. Matka zauważyła, że po powrocie ze szkoły Małgorzata przepytywała ich z lekcji i poprawiała każdy błąd. Opowiedziała o tym mężowi, który początkowo nie dawał wiary, ale któregoś dnia wrócił wcześnie do domu, by podsłuchać rozmowę niewidomej z synami. Ku swemu zdumieniu usłyszał, że poprawia i poucza ich ze wszystkich przedmiotów, a więc logiki, geometrii, astronomii, gramatyki łacińskiej. Zdumiewali się oboje z żoną nad tą wiedzą „wlaną”.

Jeszcze jedną posługę pełniła Małgorzata, bardzo uciążliwą i niebezpieczną, odwiedzała z siostrami III Zakonu więźniów. Wchodziła z nimi do lochów i piwnic, gdzie trzymano więźniów przykutych do ścian, bez jakiejkolwiek opieki sanitarnej, zdanych całkowicie na łaskę strażników, często typów patologicznych. Mantelatki chodziły do więźniów z jedzeniem, ubraniem i dobrym słowem. Panował tam zaduch i ciemności, one zaś obmywały rany i starały się dotrzeć do dusz skazańców. Chciały doprowadzić tych biedaków do pojednania się z Bogiem, okazując więźniom szacunek przywracały im godność.

Pewnej nocy rozległy się okrzyki: Gore! Gore! I zaraz rozpoczęły bić dzwony w kościołach. Pożary stanowiły klęskę w miastach średniowiecznych, część domów była drewniana, zabudowa gęsta, niejeden dach słomiany, a wszystkie domy zwyczajem włoskim posiadały duże drewniane balkony. W tych warunkach, gdy ogień raz wybuchł - szalał. Domy ogrzewano paląc wielkie bierwiona w kominkach, ktoś mógł dobrze nie zagasić płonących żagwi i jakieś iskry podpaliły dom Venturinich, grożąc przerzuceniem pożaru na dalsze domostwa.

Dzwony przywoływały mężczyzn z całej dzielnicy, utworzono dwa szeregi podające sobie wiadra z wodą. Nagle przypominano sobie Małgorzatę, która jeszcze nie wyszła na jutrznię ze swego stryszku. Margarita! Margarita! Rozległy się krzyki. Gregoria Venturio chciała wbiec na schody, ale ją powstrzymano. Wtem na szczycie płonących schodów pojawiła się Małgorzata. Spokojnie zdjęła z ramion kapę, zwinęła ją w jak najmniejszy tobołek i zawołała do Gregorii: „Nie bój się, ufaj Bogu, rzuć moją pelerynę na ogień”. Gregoria chwyciła kapę i rzuciła w największy żar. Tłumy mężczyzn gaszących ogień były świadkami niezwykłego zjawiska, pod płaszczem Małgorzaty ogień gasł, by wreszcie żywioł całkowicie się uspokoił. Małgorzata wróciła do swej izdebki.

Kiedy Małgorzata trafnie przepowiadała przyszłość, sceptycy twierdzili, że udało jej się po prostu zgadnąć, ale gdy jej płaszcz ugasił pożar, opinia publiczna uwierzyła w cud i jej świętość. Średniowieczny biograf mówi powściągliwie, że Małgorzata zdziałała wiele cudów, tak że ludzie z odległych okolic przychodzili, by ją poprosić o wstawiennictwo przed Bogiem.

Była tak ściśle zjednoczona z Bogiem, że Bóg niejako zawiesił dla niej prawa natury. Kiedy modliła się w lochach więziennych, zwłaszcza przy najbardziej zrozpaczonych wydawało się, że jej mała postać unosiła się nad ziemią i twarz zaczynała jaśnieć. Była wtedy piękna. Najtwardsi mężczyźni, najsrożej pokrzywdzeni zwracali się wówczas w modlitwie do Boga. Ludzie z miasta usłyszeli o lewitacjach Małgorzaty i coraz to przybywało chętnych do niesienia pomocy więźniom, a przy okazji obejrzenia Małgorzaty.

Rozpoczął się rok 1320, Małgorzata słabła i stało się jasne dla jej przyjaciół, że nadchodzi koniec. Coraz bardziej była zatopiona w modlitwie, coraz mniej przebywała na ziemi. Osiągnęła stopień miłości Boga i bliźniego, który ją spalał i trawił, ogarniając ciało gorączką. Gorączka mogła mieć naturalne przyczyny, ale żar duszy był Boży. Kiedy spowiednik jej rozkazał, by mu zwierzała tajemnice Boże, jakie przeżywa. Posłusznie i z prostotą wyznała mu w spowiedzi, że w czasie Mszy św. widzi Chrystusa. „A czy widzisz ołtarz i księdza?” zapytał trzeźwy dominikanin. „Nie ojcze, przecież jestem niewidoma”. „A wiec jak widzisz Pana Jezusa?” „Tego nie wiem, ale Go widzę od Przeistoczenia do Komunii św.” „Czy możesz opisać jak wygląda?”
„Nie ojcze, nie da się opisać piękności wiecznej”. Biograf nam mówi, że Małgorzata umarła w ekstazie, w drugą niedzielę po Wielkanocy 13 kwietnia 1320.

Ciało Małgorzaty w habicie złożono bez trumny na katafalku w kościele dominikanów della Carita, w którym tak wiele się modliła. Całe miasto zbiegło się na pogrzeb. Po odmówieniu modlitw za zmarłych, bracia podnieśli mary i skierowali się ku drzwiom, by ją pochować na przyklasztornym cmentarzu. Ale ludzie zaczęli głośno protestować. „Małgorzata jest święta, należy pochować ją w kościele”. Lud zagrodził drogę ku drzwiom. „Moi drodzy, wszyscy wiemy, że Małgorzata była świątobliwa, ale o świętości musi się wypowiedzieć Kościół” - zawołał przeor. „Proszę usuńcie się i pozwólcie na pogrzeb. Gdy Rzym zbada jej życie i się wypowie, wówczas można przenieść ciało do kościoła”.
„A ile czasu potrzeba, by Rzym się wypowiedział?” - zawołano. „Św. Franciszek został kanonizowany w dwa lata po śmierci”. Ktoś inny krzyknął: „Tomasz z Akwinu, Albert Wielki, Małgorzata węgierska już przed pięćdziesięciu laty pomarli, a ciągle proces się toczy. Roma ma czas !” „My tu w Castello znamy Małgorzatę jako świętą. Tak! Tak! Pochować ją w kościele!” Głosy stawały się coraz gorętsze.

Nagle nastąpiła przerwa we wrzawie. Jakiś młody mężczyzna z dzieckiem na ręku przeciskał się do ciała. Małgorzata wciąż leżała na marach bez trumny. Dziecko było kalekie, pokręcone, była to mała dziewczynka. Rodzice przepychali się do zwłok i delikatnie położyli dziecko przy Małgorzacie, sami padając na kolana i błagając z płaczem o uleczenie. „Mała Małgorzato, proś Boga o uzdrowienie, proś o cud!”
Zrobiła się cisza. Dziecko, które nie umiało chodzić, poderwało się samo na równe nogi i zaczęło krzyczeć: „Jestem uzdrowiona, Małgorzata wymodliła mi zdrowie!” Wielki szloch i krzyk napełnił kościół. Rodzice krzyczeli, że dziecko do tej pory było niemową.

Przeor posłał po trumnę ze szklanym wiekiem, w niej ułożono ciało Małgorzaty. Z rewerencją zaniesiono trumnę do niszy w kościele. Następnie Rada Miejska uznała ją za dobrodziejkę miasta i nakazała zabalsamowanie jej ciała.
Przeprowadzono skrupulatnie dochodzenie i stwierdzono, że uzdrowione dziecko było niemową od urodzenia, i że rodzice zawsze ją musieli nosić, bo była pozbawiona władzy w nogach.

Dziś w Citta di Castello niedaleko Perugii możemy oglądać ciało Małgorzaty w trumnie. Kalectwo jej jest wyraźnie widoczne. Na uznanie przez Kościół czekała Małgorzata do 1609 roku, gdy papież Paweł V ogłosił ją błogosławioną.
Karliczka i garbuska, niewidoma, która umiała kochać i obdzielać miłością, w której obecności milkły swary bo niosła Chrystusa i pobudzała w ludziach wszystko co w nich najlepsze. Coraz szersze są kręgi, które doznają jej pomocy i proszą Boga by została kanonizowana, by cały Kościół a nie tylko jej diecezja i Zakon Dominikański mógł ją czcić i oddawać kult publiczny. Potrzeba nam dziś świętej, która uginała się pod ciężarem swego losu i nie dała się złamać. Potrzebna matkom muminków, ojcom wielodzietnych rodzin, którzy z największym trudem wiążą koniec z końcem. Potrzebna młodym małżeństwom czekającym na mieszkanie latami i tułającym się po wynajętych pokojach; małżeństwom czekającym na nieplanowane dziecko; a przede wszystkim chorym i ułomnym.

Małgorzato, patronko odtrąconych i upośledzonych, przyczyniaj się za nami przed Panem.

Okaleczeni w waszych ciałach, chromi, skazańcy lub okaleczeni duchowo, osłabieni, pozbawieni mocy duchowej, wykluczeni (z Izraela), nie obawiajcie się, że nie będzie dla was miejsca w Królestwie Niebieskim. Okaleczenie (fizyczne), zdeformowanie, choroby ciała, kończą się wraz z ciałem. Moralne [okaleczenie] - takie jak więzienie i niewolnictwo - także znika pewnego dnia. Duchowe (okaleczenie) - owoc przeszłych błędów - można naprawić dobrą wolą. Okaleczenia cielesne nie liczą się w oczach Bożych, duchowe przestają istnieć w Jego oczach, gdy je okrywa żal pełen miłości (M. Valtorta, T.IV/4, s. 20 8) - mówi P. Jezus.

Małgorzata zmarła świątobliwie 13 kwietnia 1320 r. , mając 33 lata. Po jej śmierci wydarzyło się przeszło 200 cudów na potwierdzenie jej wielkiej świętości. W XVI w. odkryto jej ciało zachowane w doskonałym stanie, jakby Małgorzata dopiero co umarła. Była wzrostu 122 cm. Głowę miała dosyć dużą w porównaniu z resztą chudej figury, czoło wysokie, twarz zwężającą się stopniowo w kierunku podbródka, nos - wydatny, a małe równe zęby były na końcach poszczerbione. Dłonie i stopy miała małe, prawa noga była o 1,5 cm krótsza od lewej. Specjaliści po przebadaniu ciała oświadczyli, że nie użyto żadnych chemikaliów w celu jego zakonserwowania. 19 października 1609 r. Kościół oficjalnie uznał świętość Małgorzaty i 13 kwietnia przeznaczył na jej święto.

Dziś, ciało bł. Małgorzaty ubrane w habit dominikański spoczywa pod głównym ołtarzem kościoła św. Dominika w Citta - di - Castello we Włoszech. Ramiona są nadal giętkie, powieki są zachowane, a także paznokcie u rąk i nóg są na swoim miejscu. Barwa ciała pociemniała nieco, a skóra jest sucha i cokolwiek stwardniała, lecz według wszelkich norm taki stan ciała można uznać za nadzwyczajny, zważywszy, że upłynęło już przeszło 650 lat od śmierci błogosławionej.

„Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka , to jednak Pan mnie przygarnie” (Psalm 27,10)

:arrow: Strona internetowa o bł. Małgorzacie z Castello

:arrow: Cytaty o ubóstwie i cierpieniu (Pan Jezus i Matka Teresa)

Ubodzy w duchu to ci, którzy - gdy tracą środki wielkie lub skromne, jakie posiadają - potrafią zachować spokój i nadzieję. Nie przeklinają, nikogo, nie nienawidzą: ani Boga, ani ludzi. - mówi P. Jezus (M. Valtorta, Poemat IV/3, s. 215)

Przynieście ulgę Mojemu strapionemu Sercu przez danie Mi obietnicy, że zawsze będziecie Mnie widzieć w biednych, że przyjmiecie ich jako najprawdziwszych reprezentantów Chrystusa. On bowiem jest ubogi i chciał być ubogi z miłości do tych, którzy są najbardziej nieszczęśliwi na ziemi i po to,  aby przez swe niedostatki i trawiącą Go miłość wynagrodzić niesprawiedliwe marnotrawstwo, rozrzutność i egoizm ludzki. – mówi P. Jezus (M. Valtorta, T. IV/5, s. 52).

Pamiętajcie! Miłość,  miłosierdzie spotyka się w wieczności z wynagrodzeniem. Pamiętajcie! Miłość, miłosierdzie uwalnia od win. Bóg przebacza temu, kto wiele kocha. A miłość do potrzebujących, którzy nic nie mogą dać w zamian, jest miłością najbardziej zasługującą w oczach Boga. Zapamiętajcie do końca życia te słowa, a będziecie zbawieni i szczęśliwi w Królestwie Boga – P. Jezus.

Biedny (człowiek) to zawsze świętość, lecz największą świętością są sieroty i wdowy. – mówi P. Jezus (s. 53 IV/5)

Nie zapraszaj bogatych, krewnych, przyjaciół. Otwórz swój dom, otwórz serce dla ubogich, dla żebraków, dla chromych, dla niedołężnych, dla sierot, dla wdów. Oni w zamian dadzą ci tylko błogosławieństwo. Bóg jednak zamieni je w Łaski dla ciebie. Ale na końcu… o, o, jakiż na końcu będzie szczęśliwy los wszystkich miłosiernych, których Bóg wynagrodzi przy zmartwychwstaniu umarłych. – mówi P. Jezus (M. Valtorta,  Poemat T. IV/1, s. 175).

Kiedy wszyscy ludzie zrozumieją, że nasi cierpiący bliźni są samym Bogiem i kiedy będą postępować zgodnie z tym, co podpowiada im sumienie, wtedy, od tego dnia nie będzie już nędzy, a my misjonarki miłości nie będziemy już  potrzebne (Matka Teresa)

Wiele jest cierpienia na świecie – bardzo wiele. Cierpienia „materialne”, to cierpienia wywołane głodem, brakiem domu, czy wszelkiego rodzaju chorobami. Myślę jednak, że największym cierpieniem jest samotność, poczucie, że nikt nas nie kocha, po prostu brak kogokolwiek bliskiego. Coraz jaśniej zdaję sobie sprawę z tego, że najgorszą chorobą, jaka może dotknąć istotę ludzką, jest być niechcianym (Matka Teresa)

Myślę, że ważne jest, abyśmy pięknie przeżywali nasze życie, gdyż Jezus jest z nami i nas kocha i że mamy szansę kochać innych tak, jak  On kocha nas, nie przez wielkie czyny, ale poprzez rzeczy małe, wykonywane z wielką miłością (Matka Teresa)

Współczesny świat jest otwartą Kalwarią. Wszędzie można dziś napotkać cierpienie fizyczne i psychiczne. Cierpienie nie ominie także twojego życia, ale pamiętaj, że ból i smutek są niczym innym jak pocałunkiem Jezusa – znakiem, że jesteś blisko Niego, iż może cię pocałować. Przyjmij cierpienie jako dar i ofiaruj je Jezusowi. Męka Chrystusa stała się twoim rzeczywistym udziałem - przyjmij więc Jezusa tak, jak przychodzi do twojego życia, posiniaczonego, rozdartego wewnętrznie, pełnego bólu i ran (Matka Teresa)

Wszystko darmo otrzymujemy, wszystko też darmo dajemy, z czystej miłości Boga. Nasze życie w ubóstwie jest równie potrzebne jak nasza praca.
Bóg zawsze troszczy się o wszystko. On zawsze będzie troszczył się o wszystko. Chociaż nie mamy dochodów, zarobków, nie otrzymujemy dotacji, nie korzystamy z funduszy kościelnych, to jednak nigdy nie musiałyśmy odesłać kogokolwiek z tego powodu, że nic nie miałyśmy.
Nigdy nie byłam w potrzebie, ale przyjmuję to, co ludzie pragną ofiarować ubogim. Dla siebie nie potrzebuję niczego - nigdy jednak nie odmawiam przyjęcia tego, co ludzie dają” (Matka Teresa)
  
Duchowe ubóstwo zachodniego świata jest o wiele większe niż ubóstwo materialne naszych ludzi. Wy, na Zachodzie macie miliony ludzi, którzy cierpią z powodu straszliwej samotności i pustki, którzy czują się niekochani i niechciani.
Ludzie ci nie doświadczają głodu w sensie fizycznym, a jednak są głodni, choć na inny sposób. Wiedzą, że potrzebują czegoś więcej niż pieniędzy, ale nie wiedzą, co to jest. To, czego naprawdę im brakuje, to żywej relacji z Bogiem (Matka Teresa)
                                                                                                        
Zaprawdę powiadam wam, że jak Ja jestem w Ojcu, tak i biedni są w Bogu. I dlatego właśnie Ja, Słowo Ojca, chciałem urodzić się jako biedny i biednym pozostać. Między biednymi bowiem czuję się bliżej Ojca, który kocha najmniejszych. Oni też kochają Go ze wszystkich sił.  Bogaci mają tak wiele rzeczy. Biedni mają tylko Boga. Bogaci mają przyjaciół, ubodzy są sami. Bogaci mają wiele pociech. Biedni ich nie mają. Bogaci mają rozrywki. Biedni - tylko pracują. Dla bogaczy wszystko jest łatwe przez pieniądz. Biedni mają ponadto krzyż obawiania się choroby i niedostatku, zachorowanie bowiem oznaczałoby  dla nich głód i śmierć. Ale biedni mają Boga. Ich przyjaciela. Ich pocieszyciela. On ich odrywa od uciążliwej teraźniejszości przez niebiańskie nadzieje. Jemu można powiedzieć: “Ojcze, wesprzyj nas Swoim miłosierdziem”. I oni to potrafią, bo są do tego stopnia ubodzy, pokorni, osamotnieni - mówi P. Jezus. (M.Valtorta, “Poemat”, T. III/2, s.148 - 149).

Napisz odpowiedź